Portal miłośników historii Pomorza Zachodniego

Portal miłośników historii Pomorza Zachodniego

Czarownice i procesy o czary na „Ziemi Gryfa”

Autor: Jacek Kuczkowski

            W 1487 roku opublikowany został traktat autorstwa dwóch inkwizytorów oraz profesorów teologii Heinricha Kramera (ok. 1430-1505) oraz Jakoba Sprengera (pomiędzy 1435 a 1438-1495). Dzieło to, zatytułowane „Malleus maleficarum” (Młot na czarownice), stało się podstawowym dziełem na temat czarownictwa i osób nim się parających. Na kartach księgi, która odcisnęła swoje olbrzymie piętno na kilkaset lat w całej Europie, każdy czytelnik mógł znaleźć proste i jasne odpowiedzi na liczne pytania dotyczące mrocznej sztuki. Kim była czarownica? Kogo można było oskarżyć o paranie się magią i o konszachty z diabłem? Kogo można było oddać w ręce kata, który torturami wymuszał przyznanie się do winy i wysyłał na stos?

lenie Jana Husa wg Historische Chronica...Matthäusa Meriana, wydanej we Frankfurcie nad Menem w 1630 roku.

lenie Jana Husa wg Historische Chronica…Matthäusa Meriana, wydanej we Frankfurcie nad Menem w 1630 roku.

Malleus Maleficarum (Młot na czarownice) Okładka siódmego wydania z 1520

Malleus Maleficarum (Młot na czarownice) Okładka siódmego wydania z 1520

  Według ich opinii, czary uprawiają przede wszystkim kobiety, które są do tego bardziej przystosowane przez naturę, również z uwagi na mniejszą wiarę, jaka ponoć cechuje płeć żeńską. Potwierdzeniem tego, według słów obu autorów, ma być samo słowo „kobieta”. Łacińskie słowo femina (kobieta) ma bowiem oznaczać ni mniej, nie więcej tylko: „mniej wiary” (fe=fides, czyli wiara, oraz mina=minus, czyli mniej), ponadto mężczyźni mają być bardziej odporni na zakusy szatana przez sam fakt, iż Jezus był mężczyzną. Inne zasady doktrynalne zawarte w Młocie na czarownice głosiły, że wiara w istnienie czarownic jest nieodłączną częścią wiary katolickiej, zaś niedowiarstwo w tej sprawie równa się herezji. Diabelski spisek, który opanował świat, można zwalczyć ludzką dłonią poprzez wiarę i represje. Istotną rolę odegrała tu bulla Summis desiderantes affectibus, wydana 5 grudnia 1484 roku przez papieża Innocentego VIII (1432-1492), która upoważniała inkwizytorów do sądzenia czarownic.

            Polowania na czarownice trwały w największym nasileniu od końca XIV wieku do połowy XVIII wieku. Ich rozkwit nastąpił w połowie XV wieku, kiedy to papież Mikołaj V (1397-1455) w liście do Hugunesa Lenoira, inkwizytora na Francję, nadał inkwizycji prawo do zajmowania się wszystkimi przypadkami praktyk magicznych i czarów, nawet jeśli nie trąciły jawnie herezją. Wcześniej niejako chronił domniemane czarownice przed śmiercią dokument wydany w 906 roku tzw. Canon Episcopi. Nakazywał on, aby ludzi, którzy uprawiają wróżbiarstw i praktyki czarownicze, wypędzano z gminy, jednak o karze śmierci nie ma mowy. Canon Episcopi odprawianie guseł uważał za przestępstwo, lecz nie za herezję, gdyż zakładał, iż loty czarownic i ich sabaty to nieszkodliwe, dla osób postronnych wytwory wyobraźni; późniejsze rozstrzygnięcia były rozbieżne. Największe natężenie polowania na czarownice osiągnęły w krajach niemieckojęzycznych (Niemcy, Niderlandy, Szwajcaria, Lotaryngia Austria i Czechy). Ziemie te były przez długi okres świadkiem zagorzałych konfliktów na tle religijnym [pomiędzy katolikami, a rodzącymi się wówczas ruchami protestanckimi. Rosnąca nienawiść na tle doktrynalnym kładła się cieniem na stosunki międzyludzkie. Każde zachowanie choć trochę odbiegające od ogólnie przyjętej normy zaczęło być postrzegane nie tylko jako zagrożenie nie tylko w wymiarze prawnym, ale również za występek przeciwko Bogu.

            Większość osób oskarżonych o czary stanowiły kobiety. Mężczyźni stawali zwykle przed sądem rzadziej (np. w Niemczech w XVI–XVIII wieku stanowili 25% oskarżonych), ale z kolei na peryferiach Europy, to właśnie oni stanowili większość (na Islandii 90%, a w Estonii około 60%). Znacznie też częściej oskarżano osoby z niższych warstw społecznych, niż ze stanu szlacheckiego. Jeszcze większa dysproporcja pomiędzy liczbą osób o niższej i wyższej pozycji społecznej widoczna jest w przypadku procesów zakończonych wyrokiem śmierci. Sydonia von Borck (1548-1620), szlachcianka pomorska i krewna władców z dynastii Gryfitów, ścięta a póxniej spalona na stosie, to jeden z nielicznych, tragicznych przykładów ofiary tego procederu z wyższych sfer.

            Jedną z pierwszych oskarżonych o czary była Dorota Schwarz, mieszkanka Modlimowa i żona niejakiego Piotra Ohms. Wydarzenia, w których kobieta ta była niechlubną bohaterką, miały miejsce w 1679 roku. Dorota była kobietą silną, która nie pozwalała sobą pomiatać. Popadała przez to w konflikty ze sąsiadkami i to najprawdopodobniej któraś z nich oskarżyła ją o czary oraz o rzucanie uroków i odbieranie mleka krowom. Kobieta była bardzo zaskoczona aresztowaniem. Aby nie czynić z procesu rozrywki dla gawiedzi oskarżyciele przewieźli ją i osadzili w Chomętowie. Prowadzone tam wstępne przesłuchanie nic konkretnego nie wniosło do śledztwa. Ponowne przesłuchanie miało miejsce 10 maja 1679 roku. Dorocie ponownie przedstawiono zrzuty uprawiania czarów, stosowania praktyk magicznych oraz obcowania z diabłem. Zastraszana torturami, potrząsając głową, zaprzeczała wszystkiemu i wzywała: – Niech ci, którzy mnie fałszywie oskarżyli, przed sądem staną! Ja jestem niewinna i moja niewinność świadczyć za mną będzie!

            Pierwsze „badanie”, czyli poddanie torturom, sąd nakazał przeprowadzić już 17 maja. Oskarżoną odarto ze sukien i ogolono jej głowę. Tortury, na które składało się nakłuwanie znamion aby popłynęła z nich krew, zakładanie tzw. hiszpańskich butów, za pomocą których miażdżono stopy i przypalanie ciała rozżarzonym do czerwoności żelazem przyniosły spodziewane efekty. Półprzytomna z bólu Dorota była skłonna przyznać się do wszystkiego. Przyznała przy świadkach, iż została ochrzczona przez trzy diabły, z którymi współżyła podczas sabatów urządzanych na wzgórzach. Przyznała również, że wraz z nią udział w sabatach brało udział kilkoro sąsiadów. Wymieniła ich z nazwiska: Piotr Notwyg z Gocławic miał być kucharzem na sabatach, Adam Schueuknecht z Moiszewa natomiast gotował w ogromnym garze groch i inne produkty znoszone przez czarty. Zaś cztery beczki piwa dostarczał znany wszystkim Carsten Bute. Dorota opowiedziała również o odbywających się podczas sabatów tańcach oraz o złej wróżbie na przyszłość. Podczas tańca , kiedy to z innymi czarownicami trzymały się liny, sznur nagle się zerwał. Była to przepowiednia, że niechybnie spadną na uczestniczące w sabacie kobiety liczne nieszczęścia. Podczas zeznań potwierdziła również, że rzucając klątwy straszliwe uśmiercała ludzi i zwierzęta. A komunię świętą stosowała jako doskonały lek do uśmierzenia bólu zębów. Przyznała się również do zamordowania niechętnego jej sąsiada.

Na podstawie tych zeznań postawiono Dorotę przed Radą Miasta w Trzebiatowie, a wyrok zapadł 19 maja 1679 roku. Egzekucję wykonano 6 czerwca. Nieszczęsną kobietę poprowadzono na miejsce straceń. Rozentuzjazmowany tłum patrzył jak płomienie stosu szybko ogarnęły jej ciało.

            Kolejną ofiarą szaleństwa polowań na czarownice była pochodząca z Gąbina Urszula Raddemer z domu Klatte. Urszula po wyjściu za mąż za Hansa przeprowadziła się do nieodległego Kłodkowa. Małżeństwo Raddamerów nie cieszyło się jednak sympatią mieszkańców, którzy szukali sposobności na pozbycie się ich z wioski. W 1698 roku konflikt przybrał jeszcze bardziej na sile. Dotkliwie pobity 5 lipca tegoż roku przez dwóch zazdrosnych o zyski chłopów, Dinniesa Rehmera oraz Petera Grünewaldta, Hans Raddemer oddał sprawę do sądu. Winni pobicia zostali skazani na wyroki więzienia. Spowodowało to pogłębienie się nienawiści do małżeństwa i wszyscy tylko czekali na sposobność zemszczenia się na rodzinie Raddemer.

            Sposobność ku temu nadarzyła się bardzo szybko. Na wiejskiej drodze wiejski pastuch znalazł martwego chłopca, Hansa Rehmera. Podejrzenie oczywiście padło na Reddemera, który w ten sposób miał zemścić się za napaść na siebie. Również w niedługim czasie w pobliskim Trzeszynie nastąpił pomór bydła. Wróżbita, którego wezwano do zbadania sprawy aż ze Stargardu, stwierdził że zwierzęta padły na skutek czarów. Mieszkańcy Trzeszyna jak i okolicznych wsi byli przerażeni. Zaczęli więc szukać sprawcy, mieszkańcy Kłodkowa mieli już jednak „winowajczynię”.

            W niedługim czasie gospodarze oskarżyli Urszulę o uprawianie czarów. Kobietę pogrążyły dodatkowo zeznania niejakiej Marii Knaken. Zeznała ona podczas swojego procesu, że swojego diabła przekazała właśnie Urszuli Raddemer. Tak poważnych zarzutów oskarżyciele nie zignorowali. Kobietę aresztowano i postawiono przed Radą Miejską w Trzebiatowie. Oskarżona oczywiście zaprzeczała wszystkiemu, mówiąc że jest to zemsta mieszkańców za to, że domagała się z mężem sprawiedliwości. Jednak sędziowie nie podzielili jej opinii. Wybuch gniewu i wielkie oburzenie Urszuli potwierdzały w oczach sędziów siedzącego w niej diabła, którego otrzymała od skazanej Marii Knaken. I tym razem oskarżoną przewieziono do Chomętowa, aby uniknąć nadmiernej ciekawości mieszczan. W obliczu tego, że Urszula nadal nie przyznawała się do zarzucanych jej czynów, zdecydowano poddać ją „badaniu”. Sędziowie przypuszczali, że samo pokazanie narzędzi tortur skłoni oskarżoną do zeznań. Jednakże Urszula potrząsała przecząco głową i powtarzała: – Jam niewinna! Winnych w Kłodkowie szukajcie!

            Poddano ją wówczas torturom polegającym na skrępowaniu sznurem i podwieszeniu bardzo wysoko. Wyłamywane stawy i ścięgna wywoływały potworny ból i krzyki. Lecz nie wydobyto z Urszuli przyznania się  do winy, którego tak oczekiwano. Sędziowie uznali wówczas, że diabeł silniejszy jest niż im się zdawało, i że dobrze chroni swoją podopieczną. Zbrutalizowano wówczas jeszcze bardziej metody „badania”. Sznury, którymi krępowano kobietę zaopatrzono w haki, które głęboko wbijały się w całe ciało. Urszula w wyniku tortur mdlała z bólu, wówczas cucili ją zapaloną siarką. Pomimo tortur odpowiadała niezmiennie – Niewinną jestem.

            Brak oczekiwanego przyznania się oskarżonej do winy spowodowało użycie jeszcze straszniejszych przyrządów, tzw. hiszpańskich butów, którymi nieszczęsnej kobiecie miażdżono stopy. Doprowadziło to oskarżoną do granic obłędu, ale mimo to utrzymywała że jest nie winna. tortury trwały kilka dni, lecz kobieta miała świadomość, że upierając się przy swoim zdaniu spowoduje że sędziowie będą musieli zgodnie z prawem odstąpić od dalszego przesłuchiwania.

            W tym samym czasie jej mąż szukał wszystkich sposobów, aby uwolnić swoją ukochaną żonę. Wszyscy powtarzali mu jednak, iż jedynym wyjściem aby się oczyścić z zarzutów o czary to płonący stos. Pomimo tego wytrwale szukał potwierdzenia jej niewinności i niezłomnie wierzył, że uda mu się uratować Urszulę. Podobno udało mu się zebrać dowody świadczące o tym, że oskarżenie było pomówieniem nieprzychylnych i zawistnych mieszkańców. Niestety nie wiadomo czy zebrane dowody sędziowie uwzględnili w dalszym procesie. Nie zachowały się końcowe akta sądowe i zapewne nigdy nie poznamy losu Urszuli. Nawet jednak gdyby udało się jej ujść z życiem możemy się domyślać, że nieszczęsna Urszula opuścić musiała katownię nie tylko okaleczona na ciele, ale również i na duszy. Zapewne nie wchodził również w rachubę powrót małżeństwa do Kłodkowa.

            Czy to były jedyne procesy o czary na Ziemi Gryfa? Zapewne nie, te przedstawione powyżej są dość dobrze udokumentowane. Procesy odbywały się także w nieodległej Radawce, Bełcznie czy Resku i Łobzie oraz Karścinie.

Literatura:

  1. Koprowska-Głowacka, Czarownice z Pomorza i Kujaw, Gdynia 2010, s. 84-85, 107-108.
czarowniceheretycykultura

Michał Zinowik • 1 grudnia 2018


Previous Post

Next Post